księga gości


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień



bliskidalekiwschod bloguje...

2012-01-08 07:39:47
wsiąść do pociągu ...
W Chinach rozpoczął się okres przedświąteczny. W związku z tym, następuje szturmowanie dworców kolejowych, autobusowych, lotnisk etc., gdyż miliony Chińczyków chcą wrócić do domu na najważniejsze swięto w roku - 春节 (chunjie - Chiński Nowy Rok). Kolejki w celu zakupienia biletu są zatrważające i jeśli ktoś w Polsce narzeka na fakt, iz musi poczekać dwie minuty żeby kupić bilet, niech spojrzy na zdjęcia z zamieszczonego linku. A przecież do Chińskiego Nowego Roku - który w tym roku przypada na 23. stycznia - jeszcze dużo czasu, więc zapewne główna fala migracji sezonowej jeszcze przed nami ... 



Ja z kolei jestem w Shanghaiu. Jutro rozpoczynam praktykę - jeden z trzech głównych celów na ten rok. W sumie zaplanowałem sobie cele tylko na pierwszą część roku, ale prawda jest taka, że co będzie się działo w drugiej połowie roku, wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą. 
Chiny sprawiają, że człowiek faluje - pod względem emocjonalnym, poznawczym, fizycznym etc. Najczęśćiej i najbardziej odczuwam to w odniesieniu do języka: są dni, kiedy jestem z siebie dumny, gdy mogę swobodnie się porozumieć z innymi Chińczykami, a są dni, kiedy nawet nie potrafię kupić biletu na pociag, bo Pani w kasie mówi zupełnie nie zrozumiałym dla mnie dialektem/akcentem. I tak falowo wygląda też mój nastrój ... czasem słońce czasem deszcz. 


Tagi: język chiński, shanghai, chiński nowy rok
skomentuj (0)

2011-12-23 18:50:15
święta, święta ... jakie święta ?!

Mówi się, że pierwsze święta poza ojczyzną są najtrudniejsze. Nie wiem - pierwsze święta przede mną, więc nie mam porównania. Na pewno jest trochę smutno, ale jakoś tęsknota i nostalgia nie przekracza dopuszczalnych norm. Ot, tak jak na co dzień. Szczęściem w nieszczęściu, przebywam aktualnie w Chińskiej republice Ludowej, w której okres Świąt, to czas jak każdy inny w ciągu roku. Może jest trochę więcej przecen w sklepach - Chińczycy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby kupić lub sprzedać coś. Na wystawach dominującym kolorem jest czerwony - aczkolwiek to też nie jest jakiś wyjątkowy przypadek. (W czasie Chińskiego Nowego Roku czerwonego będzie wszędzie pełno - według chińczyków czerwony to kolor szczęścia - stąd też wzięły się na przykład czerwone kopery (hong bao),  w których dzieci dostają drobne sumy pieniędzy z okazji Nowego Roku - ale o symbolice kolorów pewnie jeszcze będzie tutaj mówione kiedyś). Oprócz tego, wprawdzie w akademiku jest już malutka choinka, a dzisiaj uczestniczyłem w pseudo - jasełkach - raczej był to koncert quasi kolęd, z pokazem taichi oraz "wielce interesującej" interpretacji piosenek ABBY. Tak czy inaczej - wydarzenie się odbyło, uczestniczyłem w nim, w razie czego świadkowie tez się znajdą. Jednak pomimo tego, świąt nie ma w ogóle. Tak jak wspomniałem - Chińczycy w tym dniu normalnie pracują, gdyby nie to, że w tym roku Święta przypadają w weekend, 25. grudnia trzeba by było iść do pracy. 

Abstrahując od tego, Świąt nie widać. I nie czuć. Zamiast śniegu, ostatnimi czasy w Suzhou gości słońce, co sprawia że czuje się bardziej jak w ostatnich dniach zimy i na początku wiosny, niż w samym środku okresu przedświątecznego. Zaczęło być trochę mroźno, ale i tak w porównaniu z polskimi temperaturami, jest dosyć przyjemnie. 

Świąt nie ma w Chinach. Gdyby nie to, że czasem ktoś przypomni czy na jakimś portalu wspomną o nadchodzących Świętach, to mógłbym w ogóle o nich zapomnieć. Takie niestety życie - coś za coś. Jutro wspólna kolacja z innymi "emigrantami" - Polacy, Amerykanie, Francuzi, Anglicy, Szwajcarzy, Niemcy, Rosjanie i inni. Wszyscy razem - łącząc się we wspólnym losie na obczyźnie. Brzmi dramatycznie, ale tak nie jest. Wydaje się, że będzie to najlepsza alternatywa do wigilii w domu. Najlepsza możliwość, jaka nam pozostała - 8 tys. kilometrów od domu. 

Święta w tym roku będą niecodzienne. Pierwsze takie w życiu. Czy ostatnie? To się okaże. Na pewno niezapomniane. 

 

Pierwsza wigilia już się odbyła. W nocy z poniedziałku na wtorek, wraz z "Rodziną" krakowską "zasiadłem" do wigilijnego stołu. Wspaniałe przeżycie, aczkolwiek nieco dziwne. Mimo wszystko, dziwnie się czułem, gdy robiono mi zdjęcie - ja, jako wizerunek na monitorze komputera, a obok "żywi" ludzie siedzący przy stole. Kraków - Suzhou. 8 tys. kilometrów. 7 godzin różnicy. Nie wyspałem się niemiłosiernie przez to, ale warto było. Czasem człowiek ma w życiu takie chwile, które w momencie trwania dają mu świadomość, że za X lat, będzie o nich opowiadał swoim dzieciom i/lub wnukom. To była jedna z tych chwil. 

 


Tagi: polska, kraków, święta bożego narodzenia, suzhou
skomentuj (1)

2011-12-08 18:26:18
przemyślenia z daleka ...
Miała być notka ... miało nie być notki... jest notka. Może coś mi się uda napisać, chociaż nie bardzo wiem o czym będzie ... 

Zbliżają się święta, wszyscy pytają mnie w Chinach, kiedy wracam do domu. Zawsze jest mi smutno, gdy odpowiadam, że nie wracam. Pierwsze święta z dala od rodziny. Znajoma twierdzi, że pierwsze są najgorsze, ale potem można się już przyzwyczaić. Dla Niej będą to już piątek poza domem - prawdziwy zawodowiec. Ja jednak nie mam takiego doświadczenia. Wydawało mi się, że nie będę miał z tym problemu. Teraz jednak widzę, że może nie być to takie łatwe. 

Dzisiaj wspominałem sobie swoje pierwsze dni w Suzhou. Moje przekonanie, że potrafię "mówić po chińsku". Co jest najlepsze to to, że za jakiś czas, tak samo pewnie będę myślał o swoim poziomie chińskiego w chwili obecnej. Aczkolwiek co jest pocieszające, teraz przynajmniej mam świadomość tego, że mój chiński jest bardzo słaby. I ciągle sobie powtarzam, że muszę się za niego zabrać i więcej uczyć, tylko że jakoś tak nie wychodzi. W sensie - jest to trudne. Każdy to powie i każdy ma tego świadomość, kto próbował się uczyć jakiegoś innego języka niż angielskiego. Przy chińskim, poziom trudności można spokojnie określić jako HARD. 

Co natomiast ciekawe, odbiegając trochę od tematu języka, to fakt, iż w Chinach większości Chińczykom się wydaje, że prawie wszyscy obcokrajowcy, pochodzą z Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wszyscy mówią po angielsku. I oczywiście wszyscy obchodzą amerykańskie święta. Stąd też pytanie: jak obchodzisz Święta Dziękczynienia, albo Co robisz w czasie Hallowen ? W większości wynika to z chęci bycia uprzjemnym, natomiast ciężko jest im zrozumieć, że na świecie są inne języki niż angielski. I o ile nie jest się z np. z Niemiec, Francji, Rosji etc.- czyli krajów, których języki są dosyć popularne na całym świecie, to trzeba posługiwac się angielskim. Pamiętam w jakie zdumienie wprawiłem Chińczyka, gdy powiedziałem, że angielski nie jest moim głównym językiem, tylko polski. Jak to możliwe?! Musiał pomyślec biedny Chińczyk. No i oczywiście: co bardziej rozgarnięty Chińczyk, który orientuje się w geografii Europy, gdy mówię, że jestem z Polski pyta, czy używa się u nas rosyjskiego. W sumie - nie jest to nieprawdą, i jeszcze jakieś 30 lat temu, na to pytanie odpowiedź byłaby niespodziewanie trudna. Znajomy mówił, że miał pewne duże trudności z Chińczykiem, który bardzo chciał porozumiewać się z nim w języku rosyjskim. Nie twierdzę, że Chińczycy muszą znać się na geografii Europy - w sumie wydaje mi się, że Europejczycy są podobnie zorientowani w geografii Chin (nie wyłączając zbytnio mnie z tego "zarzutu) - a przecież Chiny są porównywalnej wielkości co Europa. Wiadomo, że takie "zarzuty" są naciągane i ciężko tutaj mieć do kogokolwiek pretensje, jednakże jest to na pewno warte odnotowania. 

Tagi: europa, chińczycy, suzhou, chińska republika ludowa
skomentuj (3)

2011-12-05 09:06:48
2011 Shanghai Marathon

Przebiegnięcie maratonu zawsze było dla mnie celem. Z jednej strony "legendarny" bieg. Historię o gońcu z antycznej Grecji zna prawie każdy. Z drugiej strony odległość. 42 kilometrów 195 metrów... działa na wyobraźnie. Wydawałoby się - co to za problem - stajesz na starcie, zaczynasz biec i po jakimś czasie jesteś na mecie. Co w tym może być trudnego? Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek będzie Wam próbował powiedzieć, że przebiegnięcie maratonu to pestka - nie wierzcie mu. 

Przygotowania rozpocząłem już dawno temu. Pierwotnie tym "dziewiczym" miał być Maraton w Krakowie. Jednak duże zamieszanie z projektami, studiami etc. nie pozwoliły czasowo odpowiednio się przygotować. Z tego też względu, plany przebiegnięcia maratonu powędrowały do szuflady. Światło dzienne ponownie ujrzały w Chinach. Skoro już tu jestem, dlaczego by nie przebiec maratonu tutaj ? No i rozpoczęły się intensywne przygotowania. Bieganie po 60KM w tygodniu, raz w tygodniu 20KM i więcej... dużo czasu poświęconego, ale każdy niemal bieg, to wielka satysfakcja. I radość. Z każdym kolejnym biegiem, rosła pewność siebie. Możliwość biegania dalej i szybciej. Organizm dobrze reagował na zmęczenie, przyzwyczaił się. Ja także. Normą było, że codziennie niemal, trzeba pobiegać. Nieważne czy w deszczu czy przy pięknej pogodzie. Normę trzeba wykonać. Ubierałem się, brałem buty i wychodziłem, żeby zrobić kolejne kilometry. W motywacji pomógł także zakład z Ekipą Krakowską - kto przebiegnie więcej kilometrów. Niestety, Chłopaki byli prawie że dopiero co Maratonie w Warszawie, zakończyli już sezon, więc nie było celu do zrealizowania. Przede mną był za to ten najważniejszy: Shanghai. Motywacja duża, więc nie było problemów z pokonywaniem kolejnych kilometrów. Zakład wygrany. 

Trening swoją drogą, bieg swoją drogą. To są 42 kilometry. Dystans, którego nie można zlekceważyć. Trzy tygodnie przed biegiem odstawiłem alkohol. W listopadzie przebiegłem ponad 200KM. Wiedziałem, że ten czas przepracowałem dobrze. Ale jak będzie to wyglądać na trasie? To była zagadka. 

Przyjazd do Shanghaiu, ostatnie sprawy organizacyjne, zwiedzanie miasta, wyjście na kawę. I szybko spać. Aczkolwiek i tak niedane mi było wyspać się - maraton rozpoczynał się już o 7:30. O godzinie 6 rano pobudka - SMS od Organizatorów, aby zjeść lekkie śniadanie 2, 5h przed biegiem. Szybkie pakowanie się, uspokojenie się po napadzie paniki i zimna, i można wyruszać. W metrze juz widać innych zapaleńców. Rozpoznawani po niezwykle oczoaktywnym kolorze plecaków, w których mieliśmy zdeponować swoje rzeczy na czas wyścigu. Po przybyciu na miejsce startu, oczywiście ludzi masa, organizatorzy trochę nieogarnięci, bo wszystkie trzy typy maratonu wyruszały z jednego miejsca (pełny maraton, pół maraton i fun maraton). Udział w biegu miało wziąć około 25 tys. osób. I nie wątpię, że tyle było na starcie, bo dopiero 12 minut po wystrzale, ruszyłem na trasę. Trzeba dodać, że przy wspaniałej pogodzie. Około 10stopni, piękne słońce, sporo ludzi na starcie kibicowało (加油jiayou - w wolnym tłumaczeniu dalej! jeszcze!). 

Trasa była w miarę płaska, nie licząc podbiegu na samym początku pod wiadukt na Bundzie, oraz kilku mniejszych podbiegów w końcowej części trasy. Niestety jeden z nich był prawie pod sam koniec, co dało się odczuć w nogach oraz patrząc po innych zawodnikach, którzy często przechodzili w marsz lub swobodny spacer. 

Jednym z minusów biegu, był brak jakichkolwiek produktów żywnościowych po drodze, co na trasie pół-maratonu jeszcze nie byłoby takim problemem, jednak przy pełnym maratonie, był to brak odczuwalny. Całe szczęście dostałem od znajomej (która przebiegła półmaraton w bardzo dobrym czasie 1: 58 - gratulacje jeszcze raz E.) dwie czekoladki - było to o tyle dobre, że zajęło mój  umysł rozważaniami gdzie i kiedy będzie najlepiej je skonsumować. Wybór padł na 30 KM (po 3h biegu) - lekki podbieg, most, dookoła zatoka, piękne słońce... i czekolada roztapiająca się w ustach... coś wspaniałego. 

Na około 18KM, maraton i półmaraton, który dotychczas biegł razem, rozdzielił się. Półmaraton pognał prosto do mety, a pozostali maratończycy rozpoczęli pętle, które miały nas doprowadzić do mety 20KM później. Plus był z tego taki, że do tej pory, przy każdym punkcie z wodą było tłoczno i nieraz trzeba było poczekać na swoją kolej do kubka z wodą. Po rozdzieleniu się, sprawa wyraźnie się poprawiła. Wynikło to także z faktu, że stawka się dużo bardziej rozciągnęła, więc nie było tak dużych grup, które jednocześnie dobiegały do "wodopojów". Bardzo mi się to podobało: chwytanie kubków w biegu, wlewanie części zawartości do gardła, wlewanie pozostałej zawartości na siebie i gnanie dalej. Naprawdę jak w filmach :)

Przy wodopojach, ustawionych na co 5-tym KM, nie było żadnych produktów spożywczych. Była woda oraz napój energetyczny - w tym przypadku była to herbata. W normalnych warunkach picie tego specyfiku, groziło nabawieniem się próchnicy w tempie ekspresowym. Na trasie jednak, już po pierwszym łyku, organizm wyczuł olbrzymią dawkę cukru, po czym uśmiechnął się bardzo szeroko. Pomiędzy tymi punktami były ustawione punktu z gąbkami nasączonymi wodą, które były bardzo pomocne celem schłodzenia organizmu, aczkolwiek jak już wspominałem, nie było zbyt gorąco, więc stosowano je raczej pro forma. Na późniejszym etapie trasy, również na tych stoiskach były napoje. 

Niestety początek zacząłem zbyt wolno. A maraton jest takim biegiem, że nawet przy rewelacyjnym finiszu, nie da się tak łatwo nadrobić tego czasu. Od 32 KM rozpocząłem ostre przyśpieszenie. Na 30KM do założonego czasu brakowało mi 12 minut. Na 7KM przed metą, było to 8 minut. Zastanawiało mnie, że w momencie, gdy do końca trasy zostało niecałe 5KM, większość zawodników, zamiast przyśpieszyć zwalniała. Prawdą jest to co mówią, że bieganie maratonu zaczyna się na 35KM. Ściana, zmęczenie, odwodnienie... wszystko to człowiek zaczyna odczuwać właśnie wtedy. Wtedy widać, kto jak przygotował się do biegu. Kto jest w jakiej formie. Wyszło na to, że te godziny poświęcone na bieganie, kolejne kilometry, kolejne litry potu w czasie treningów, teraz zaczęły przynosić efekty. Nie tylko nie było ściany, ale czułem, że mogę biec jeszcze szybciej. 

Ostatnie dwa kilometry, to już tylko nerwowe patrzenie na zegarek. Gdy wchodziłem w ostatni zakręt wiedziałem już, że nie uda się zrealizować założonego czasu. Jednakże trzeba biec do końca. Widać już metę. Ostatnie metry. Chińczycy krzyczą i dopingują. Finisz niczym bieg na 100metrów. Przekroczona linia mety. Organizm wycieńczony, ale niesamowicie szczęśliwy. Umysł jeszcze do końca nie wie, co się stało. Ciężko jest jedna myślą ogarnąć te 42 kilometry. Gdzie każdy krok był przybliżał człowieka do upragnionego celu. Na mecie czas: 4godziny 2 minuty 28 sekund. Zabrakło 150 sekund do zrealizowania celu. Wychodzi po niespełna 4 sekundy na każdym kilometrze. Teraz jednak to nieważne. Na mecie nie ważny jest Twój czas. Przebiegłeś maraton. Radość i satysfakcja. Duma i wzruszenie. Każdy uśmiecha się do każdego, z chęcią rozmawia o tym jak się biegło, jak się czuje. Czuje się niesamowitą wieź z tymi wszystkimi ludźmi. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Wszyscy jesteśmy maratończykami.


Tagi: bieganie, maraton, shanghai
skomentuj (1)

2011-12-02 19:05:28
tyle czasu ...
Bardzo wszystkich przepraszam, że tak długo nic nie pisałem ... 
tak jak już wspominałem - problemy techniczne, ale tez przede wszystkim moje lenistwo. No i też, dużo się dzieje. Ale po kolei. 

Będąc szczerym, muszę spojrzeć na stare notki, żeby przypomnieć sobie o czym ostatnio pisałem i kiedy ostatnio pisałem, żeby się nie powtarzać, ale z drugiej strony przypomnieć sobie, co się od tego czasu wydarzyło. 

Na pewno wybory. Komisja wyborcza w Konsulacie Generalnym w Shanghaiu zakończyła pracę powodzeniem - bardzo miło spędzony dzień, w bardzo miłym towarzystwie. Praca męcząca, ale warto było. 

W międzczasie był także Dzień Niepodległości, spędzony również w towarzystwie ludzi z Konsulatu w Shanghaiu, na specjalnie zorganizowanym bankiecie celem uczczenia tegoż świeta. Koncert muzyki Chopina, do tego pyszne jedzenie (między innymi gołąbki i schabowy) w Chinach - robią wrażenie i na pewno na długo pozostaną w pamięci. 

W międzyczasie wiele też wydarzyło się w moim życiu, ale narazie są to zmiany in statu nascendi, więc nie chce się tutaj o nich rozpisywać, żeby nie zapeszczać. 

Jutro wybieram się do Shanghaiu, na Shanghai Marathon. Pierwszy maraton w moim życiu, ale nie mogłem przepuścić okazji, żeby móc kiedyś powiedzieć: "przebiegłem amraton w Shanghaiu". Inną kwestią jest fakt, że ostatnimi czasy wszystko niemal jest podporządkowane temu celowi. Biegam po 50-60KM w tygodniu, nie spożywam alkoholu, imprez prawie wogóle Wszystko po to, aby dobrze zaprezentować się w niedzielę w Shanghaiu. Stres już rozpoczął odliczanie. 42KM to nie przelewki, jednak jestem dobrej myśli. Musi się udać !

Mam też z tego czasu wiele przemyśleń. Jednakże wiem i czuję, że jesli zacznę je teraz opisywać, nie zrobie tego w sposób, w który powinienem i chce je przedstawić. Dlatego narazie wstrzymam się z tym, ograniczając się tylko do jednego, krótkiego wątku. 

Minęły 3 miesiące odkąd jestem w Chinach. Pamiętam, że miesiąc temu, chodziłem cały czas z pomysłem w głowie, a może raczej ideą czy potrzebą, żeby o tym tutaj napisać. Nie udało się, ale może to i lepiej. Bo to mi uzmysławia, jak ten czas biegnie. Pamiętam dzień pierwszy, gdy przyleciałem do Shanghaiu, uderzenie gorąca na lotnisku, pierwsze niesmiałe próby posługiwania się językiem chińskim. Podróż do Suzhou, pierwsze wrażenia, pierwsze zachwyty i przerażenie. Teraz jestem bogatszy o 3 miesiące doświadczeń. I muszę przyznać, że trzy miesiące później, świat praktycznie stoi w miejscu tak jak stał. Nic się nie zmienia - może poza tym, że robi się neistety coraz zimniej, chociaż i tak - w porówaniu z polskimi temperaturami, nie mam prawa do narzekania. Wydaje mi się, że jestem zawieszony w jakiejś próżni, skąd obserwuje świat leniwie sunący do przodu. Wszystko bardzo wolno się porusza i zmienia powoli, a mi czas przecieka przez palce  powoli, niezauważalnie, systematycznie ... Za niecały miesiąc święta. Narazie nie zdaję sobie chyba jeszcze sprawy, jak trudny okres mnie czeka. Patrzę jednak optymistycznie w przyszłość. Będzie dobrze. Musi !   

Tagi: bieganie, wybory, shanghai, konsulat generalny shanghai
skomentuj (0)

2011-11-23 10:28:11
przerwa techniczna
Bardzo przepraszam wszystkich którzy tu zaglądają o taaaaaak długą przerwę. Niestety, wynikała ona nie z mojego lenistwa, co z problemów technicznych z obsługa serwera, na którym znajduje się blog. Tak czy inaczej mam nadzieję, że problemy zostały już zażegnane, a blog wróci do swojego normalnego funkcjonowania. 

Najnowsza notka już wkrótce :)


skomentuj (1)

2011-10-21 20:50:05
Cykl dzienny
Przepraszam że tak dawno nie pisałem, ale ostatnimi czasy niewiele się dzieje. To znaczy wiele się zmienia w moim życiu, ale dookoła nic nowego. 
Mój dzień wygląda następująco: 
pobudka 7:30 - poranna toaleta, kawa i jogurt/płatki (niestety wszelkie wyroby zachodnie, bez których CHińczycy mogą spokojnie przeżyć, są tuaj drogie - w porównaniu do innych materiałów - np. wspomniane płatki śniadaniowe ~30RMB), zaraz potem:
wymarsz na zajęcia - tutaj nie ma za bardzo się co rozpisywać - na przemian Chiński z Chińskim, czasem dla urozmaicenia Chiński bądź Chiński. Czyli nic nowego. 
W południe - pora obiadowa - tutaj zależnie od nastrojuczasuplanu albo udaje się do swojego Pengyou na chao mian, albo idę do stołówki studenckiej na ryż z dodatkami - w formie mieszanej między szwedzkim stołem a stołówką akademicką - tak czy inaczej - za 10RMB można się najeść naprawdę do syta. 
Po obiedzie, powrót do akademika (o ile nie ma innych spraw do załatwienia na mieście lub innych) - poobiadowa kawa oraz pierwsza tura studiów nad językiem chińskim. Czyli to co Tygrysy lubią najbardziej. Najczęściej jest to robienie flashcardów, ćwiczenia znaczków, przygotowywanie się do zajęć, robienie zadań domowych, pisanie prac ... wszelkie tego typu rzeczy. 
Trwa ten czas zazwyczaj do godziny 16-17 - to zależy też od obfitości posiłku, samopoczucia, planów na wieczór etc. Wtedy bowiem następuje czas na trening. Długość, intensywność, trasa i czas - zależnie od dnia tygodnia, planu, formy. Jednak zazwyczaj jest to około 2h - bądź jest to dłuższy bieg - około 15KM, bądź krótszy połączony z interwałami (long story short - bieganie odcinków szybkich na przemian z odcinkami wolniejszymi), bądź też trening siły biegowej (skipy,  wieloskoki, podbiegi etc.). Tak jak piszę - zależnie od dnia, nastroju, planu. Jednakże nie byłbym sobą, gdybym nie wykorzystał okazji do pochwalenia się. W tym tygodniu, mój dzienniczek wskazuje 61KM za mną - cel na tydzień - 80KM. Mam nadzieję że się powiedzie mój zamysł. 
Po treningu - prysznic oraz kolacja. Tutaj zależnie od tego, o której godzinie wybiegłem i o której wróciłem. Jeśli jestem w okolicach 18, to idę do stołówki na Kampusie - później niestety już zamykają i nie ma wielkiego wyboru potraw. W takim przypadku, trzeba się przejść 5 minut poza bramy Kampusu, do drugiego Pengyou, celem nabycia odpowiedniej wielkości miseczki wypełnionej po brzegi pysznym makaraonem z dodatkami (ostatnio lubuje się w makaronie z mięsem wołowym i pomidorami - pysznści). 
Po kolacji - druga tura studiów nad językiem chińskim. Czyli walka do oporu. Do tego kawa/herbata/cola - zazwyczaj kawa - o ile nie jest za późno, herbata ostatnimi czasy rzadziej - cola także niezbyt często, gdyż staram się ograniczać spożycie napojów gazowanych (z piwem włącznie) celem zrzucenia kilku kilugramów, co zapewne z radością przywitałyby moje stawy - niestety w mojej okolicy brak typowych ścieżek do biegania - wszedzie asfalt. Całe szczęście oprócz chodników i jezdni, (prawie) wszędzie są pasy dla rowerów/skuterów/motorowerów/riksz i wszelkich innych jednośladowych (lub nie-dwuśladowych) pojazdów, gdzie można w mairę spokojnie biegać. Warunek jest jeden - nie jest to godzina 8 rano bądź 19 wieczorem - wtedy zaczyna być tłoczno wszędzie - a na pasie dla jednośladów tłok ów przybiera monstrualne rozmiary - czasem przypomina to slalom gigant a czasami po prostu jedno wielkie morze pojazdów wszelakich. Nie trudno się domyślić, że bieganie slalomem w takich warunkach do szczególnie przyjazdnych nie należy. Ale jeśli odpowiednio się przygotowało trase i unika się najbardziej ruchliwych dróg i/lub godzin - problem nie istnieje. 
W międzyczasie oczywiście jest czas na rozmowę z Rodziną lub innymi osobami, ktore zechcą wymienić kilka komunikatów werbalnych z moją skromną osobą. Że tych osób ostatnimi czasy nie ma zbyt wiele, toteż zazwyczaj w niezakłóconym [:(] spokoju mija mi wieczór. 
Oczywiście cały czas do tego gra muzyka - ostatnimi czasy zasłuchuję się zwłaszcza w nowej płycie Dream Theater - A Dramatic Turns of Events. O ile początkowo postrzegałem ją po prostu za słabą płytę, to już po jednym dokładniejszym przesłuchaniu wiedziałem, że na dłużej zagości w moim odtwarzaczu. POnadto trochę klimatycznej muzyki z Wysp - Everything But the Girl. Do tego dochodzi kilka płyt noise rockowych - zwłaszcza Slint, Shellac oraz Drive Like Jehu. Z polskich rzeczy, znowu zagościł L.U.C - z płytą Planet LUC - płyta ma już kilka latek, ale ciągle mnie zachwyca. 
Na marginesie jeszcze dodam, że dzisiaj udało mi się w końcu zlokalizowac sklep sportowy w mym mieście - dzięki temu w końcu zakupiłem sobie normalną koszulkę do biegania - w zwiazku z tym dzisiaj po Kampusie Uniwersytetu w Suzhou śmigał niezidentyfikowany obiekt w błękitnym trykocie. Widok Chińczyków przyglądających się biegającemu laowaiowi - mimo ze już jestem tutaj prawie dwa miesiące - ciągle wywołuje u mnie niekontrolowany i mimowolny uśmiech na twarzy. 

Jeśli czas tylko pozwoli, to w najbliższym czasie postaram się sporzadzić tutaj notkę na temat filozoficznego podejścia do mojego pobytu w Suzhou, gdyż ta kwestia już od jakiegoś czasu we mnie dojrzewa i chyba najwyższy czas "upuścić trochę powietrza" z tego tematu. 

Z tym jest różnie ... 
Zazwyczaj śniadania są podobne do obiadów, z tymże w trochę "łagodniejszej" formie. 
Na przykład na śniadanie można zjeść pyszne baozi'ki - coś a'la kluski na parze z różnego rodzaju nadzieniem - krewetki, mięso (np. wołowe czy wieprzowe), warzywa. Różnego rodzaju pierożki, makarony etc. Jak już wspominałem - płatków śniadaniowych nie jadają, jajecznic także nie (co nie przeszkadza im jednak dodawać jajek niemal do wszystkich potraw). Piekarnie są, ale zajmują się raczej deserami iw yrobami na słodko, niż wyrobem pieczywa, o które ciężko w Chinach. Czasem można dostać quasi bagietki, ale to też niezbyt często. 

PS: zacząłem pisać to ad vocem i dużo rzeczy przyszło mi jeszcze na myśl, więc postaram się napisać nową notkę nt. chińskiego savoir vivre w czasie posiłków :)

Tagi: muzyka, jedzenie, bieganie, suzhou
skomentuj (6)



Tagi